Andrzej Leder: W jakiej Polsce chcielibyśmy żyć

2020-02-01

W Polsce opowieść o tym, że trzeba poszerzać sferę partycypacji obywateli, wyprzedza  praktykę polityczną – mówił Andrzej Leder, podsumowując konferencję forumIdei Fundacji Batorego „W jakim kraju chcemy żyć?”. Bez zmiany wyobrażeń na temat tego, czym ma być polska wspólnota obywatelska, nie będzie możliwa żadna realna zmiana społeczna.

Kluczowym postulatem jest odbudowa sfery publicznej jako sfery dobra wspólnego, przy jednoczesnej koordynacji działań podejmowanych w kraju z tymi proponowanymi i realizowanymi w ramach Unii Europejskiej. Sfera publiczna to publiczna służba zdrowia, edukacja, wymiar sprawiedliwości i aparat państwa, ale także komunikacja czy polityka energetyczna. Te wszystkie sfery są ważne w wymiarze jednostkowym – poprzez nie każdy obywatel spotyka się z państwem: kiedy posyła dziecko do szkoły, kiedy choruje czy kiedy znajdzie się w sądzie. Istnienie zdrowej i sprawnej sfery publicznej poszerza bazę demokratyczną. Moim zdaniem głęboki podział w polskim społeczeństwie jest związany w ogromnej mierze z regresem tej sfery. Dokonał się on nie tylko w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale trwa właściwie od początku transformacji. W ciągu tych trzydziestu lat zapleczem ideologicznym wszystkich rządów, tak SLD jak AWS czy PO, był neoliberalizm jako doktryna gospodarczo-społeczna, postulująca „tanie państwo”, prywatyzację usług publicznych, obniżanie podatków rozumianych jako „daniny”, wreszcie chcący kierować minimum redystrybucji do pojedynczych osób lub rodzin, w formie „zasiłków”, a nie w formie tworzenia dóbr wspólnych. Konkretny rodzaj bezpośredniego kontaktu obywatela z państwem czy z różnego rodzaju służbami, które to państwo reprezentują, stawał się trudny i w znacznym  stopniu uwarunkowany kapitałem, jaki się posiadało, zaczynając od miejsca zamieszkania czy stanu majątkowego.

Dla jasności – neoliberalizm jako doktrynę gospodarczo-społeczną hegemoniczną w końcówce XX stulecia i skodyfikowaną w tak zwanym Konsensusie Waszyngtońskim odróżniam od liberalizmu politycznego, ukształtowanego w Europie w XIX wieku i będącego fundamentem demokracji parlamentarnej.

Jeśli sfera publiczna dobrze funkcjonuje, to tworzy spójność społeczną, a dopiero ona jest warunkiem istnienia wspólnej woli politycznej. Jednocześnie, żeby to było możliwe, konieczna jest zmiana postrzegania tej sfery. Właśnie ideologiczne klisze – takie jak utożsamienie podatków z „daninami” (a nie inwestycjami w ludzi, będących dobrem najwyższym, również z perspektywy ekonomicznej), sfery publicznej z „usługami”, które można sprywatyzować (a nie unikalnym dobrem, przestrzenią w której realizuje się postulat wspólnoty, spójności i równych praw), czy redystrybucji z „zasiłkami dla przegranych” rozdawanymi indywidualnie – powodują, że hegemoniczna większość nie widzi wartości w spójności społecznej; w ogóle nie postrzega innych jako partnerów w budowie sprawiedliwego społeczeństwa. Żeby to zmienić potrzebna będzie konsekwentna i mocna pedagogika społeczna, zmieniająca zespół wyobrażeń, rządzących wyobraźnią społeczną, czyli naszym imaginarium.

Jeżeli zaś spójność społeczna jest rozerwana, to wola polityczna także. Z tym mamy do czynienia w Polsce, to znaczy z  głębokim konfliktem politycznym, opartym w dużej mierze na różnicach dostępności do dóbr publicznych, zamienionych w „usługi”. Przy czym Polska nie jest tu wyjątkiem – kryzys w tej sferze dotyczy większości społeczeństw globalnej Północy, w szczególności europejskich. Dlatego potrzebna jest koordynacja działań, mających na celu rewaloryzację tej sfery w całym obszarze Unii. Wydaje mi się też, że kolejność podchodzenia do spraw w tym obszarze jest  zagadką, którą dopiero trzeba będzie rozwiązać.

Dla ogromnej części społeczeństwa służba zdrowia jest aktualnie kluczowa i ludzkim obowiązkiem jest zajęcie się tą sferą. Jeśli  ktoś dwa lata  czeka  na przeszczep stawu biodrowego i dlatego nie może wyjść z domu, to znalazł się w sytuacji pozbawienia godności. Jest coś niegodnego w tym, że się nie zajmujemy takimi sprawami. Może po prostu nie umiemy się zająć. Wszyscy by chcieli, a nie wiedzą jak. Sądzę, że wiąże się to z kwestią skali działań – żadne Państwo narodowe nie jest dziś w stanie pokryć kosztów powszechnego dostępu do nowoczesnych technologii medycznych. Również – a myślę, że przede wszystkim – dlatego, że ceny tych technologii dyktują międzynarodowe korporacje, których skala działania dalece przekracza miarę kraju takiego jak Polska. Tylko podmioty polityczne o skali kontynentalnej – takie jak USA, Chiny czy federacyjna Unia Europejska są w stanie wpływać na ceny i dystrybucję nowoczesnych dóbr leczniczych.

Z drugiej strony  palącym, w sensie dosłownym, problemem jest kwestia katastrofy klimatycznej. Bez zmian w polityce energetycznej  nie tylko Polska, ale cały glob ziemski będzie miał ogromne kłopoty. Tutaj znowu fundamentalna jest kwestia polityczna: potrzebni są mężowie stanu, a nie tylko politycy, którzy odpowiadają na bieżące zapotrzebowanie społeczne. Chodzi więc o mężów stanu w takim sensie, w jakim był nim Winston Churchill, kiedy obiecywał Anglikom pot, krew i łzy, albo Lech Wałęsa, kiedy wbrew nastrojom ogromnej części społeczeństwa zatrzymał w marcu 1981 roku strajk powszechny, który – z ogromnym prawdopodobieństwem – sprowokowałby rosyjską interwencję.

Trudne i idące wbrew społecznym oczekiwaniom jest to, że zmiana polityki energetycznej oznacza zmianę modelu konsumpcji, polegającą na  przyjęciu ogromnych ograniczeń. Mniej lotów na wakacje po drugiej stronie globu, mniej importowanych z nie wiadomo skąd owoców, mniej plastiku itd… Przekonanie większości „konsumentów” do tego, że jest to konieczne, będzie bardzo trudne. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią  o tym mówić w sposób przekonujący dla  społeczeństwa. Tu również kluczowa jest „pedagogika społeczna”.
Jak więc widać, palący i być może najważniejszy, staje się też problem edukacji. Jestem przekonany, że w Polsce konieczna jest rewolucja edukacyjna. Świadomie używam słowa „rewolucja”, ponieważ polski model edukacyjny – ukształtowany w Galicji w połowie XIX wieku, kiedy uzyskała ona autonomię szkolną – jest „przenoszony” z jednego polskiego państwa do następnego prawie bez zmian. A jest kompletnie nieadekwatny do aktualnego świata. Takie rewolucje edukacyjne się udawały: przeprowadził ją Jules Ferry we Francji końca XIX wieku czy socjaldemokracja w Szwecji połowy XX wieku. Skądinąd „rewolucja” edukacyjna w Polsce winna wpisać się w głębokie zmiany w tej sferze w całej Europie, z jednej strony uwzględniające nowe wyzwania cywilizacyjne, z drugiej – pokazujące „kontynentalny” punkt widzenia jako możliwą i pożądaną syntezę poszczególnych opowieści narodowych.

Jeśli chodzi o narrację historyczną, która umieszcza nas w dziejach, to dotyka ona fundamentalnej kwestii tożsamości. Prawo i Sprawiedliwość sięgnęło do opowieści narodowej i konserwatywnej, która ma w Polsce swoją historię. Ta narracja ma charakter monopolistyczny, nie interesuję się niczym poza „naszością”, dominuje w niej opowieść martyrologiczna, o zamienianych w zwycięstwa klęskach narodu polskiego w walce z różnymi wrogami zewnętrznymi. Taka  opowieść łatwo zostaje zamieniona w  tożsamość zagrożoną, walczącą przeciwko mniej lub bardziej wyimaginowanym wrogom. Sądzę, że fundamentalne, a zarazem  trudne zadanie polega na ujęciu  historii ostatnich 150 lat jako opowieści emancypacyjnej o dojrzewaniu do wolności i równości. Wydaje mi się, że początek tej historii jest zakorzeniony w połowie XIX wieku, w momencie kiedy większość polskiego społeczeństwa, której potomkowie dominują w dzisiejszym społeczeństwie, zyskała  wolność i stała się  podmiotem. Mówię o uwłaszczeniu chłopów, które w Galicji czy w zaborze rosyjskim odbyło się mniej więcej w połowie XIX wieku. Od tego czasu dokonuje się w Polsce – krok za krokiem, poprzez klęski i momenty mroku – stały ruch emancypacyjny. To  doprowadziło polskie społeczeństwo do dzisiejszej sytuacji, która wbrew pozorom, szczególnie w porównaniu do tej połowy XIX wieku, nie jest  zła. To wielki sukces polskiego społeczeństwa, jeżeli  porównamy naszą sytuację  np. do historii Afroamerykanów w Stanach Zjednoczonych, którzy mniej więcej w tym samym momencie uzyskali wolność, a – poza wąską klasą średnią – nie wyrwali się z zaklętego kręgu wykluczenia, degradacji i przemocy.

Potrzebujemy  opowieści emancypacyjnej jako opowieści o dojrzewaniu do wolności i równości. Ważne, aby przyjrzeć się uczciwie XX wiekowi, który jest kluczowy dla współczesnej tożsamości polskiej. Dotyczy to tak pierwszej jego połowy, jak okresu PRL i wreszcie ostatnich 30 lat. W obszar tej epopei emancypacyjnej będzie musiało wejść to, co się dzieje „tu i teraz”: swoista rewindykacja podmiotowości przez słabsze części polskiego społeczeństwa po 30 latach transformacji, autorytarne ciągoty, wykorzystane przez aktualnie sprawujących władzę i polityczna walka z tym „miękkim autorytaryzmem” przede wszystkim wielkomiejskiej klasy średniej, budująca nowe poczucie odpowiedzialności obywatelskiej. To będzie bardzo ważny rozdział historii polskiego społeczeństwa. Przy czym wchodzą tu bardzo różne zjawiska, na przykład o budzenie się pracobiorców do rewindykowania swoich praw ekonomicznych po okresie dominacji  rynkowego czy neoliberalnego podejścia do spraw gospodarczych, ale też budzenie się społeczeństwa obywatelskiego i dążenie do demokratyzacji samych organizacji i instytucji, stanowiących „kościec” demokracji. Myślę tutaj  również o partiach politycznych, tak bardzo niedemokratycznych wewnętrznie. W Polsce opowieść o tym, że trzeba poszerzać sferę partycypacji obywateli, wyprzedza praktykę polityczną.

Te różne elementy składają na długą historię i zebrane razem tworzą naprawdę fascynującą opowieść. To mogłaby być narracja, alternatywna wobec tej martyrologicznej, opowieść o dorastaniu do wolności, równości i solidarności.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry